2026-06-20-piknik
(Przedstawiony w motywie snu dla śnicieli, których nudzą już koszmary)
To będzie 20/06/2026.
Jest słoneczny dzień, 26 stopni, słońce razi Cię w oczy.
Idziesz właśnie w kierunku brzezińskiej plaży.
Jesteś umówiony na godzinę 16:00 i wiesz, że możesz się odezwać do organizatora po dokładne namiary.
Jednak masz wrażenie, że i tak to miejsce znajdzie Cię jak tylko wejdziesz na brzezińskie molo.
Trzymasz koszyk, w którym znajduje się:
- Kocyk, kubek, miseczka, widelczyk, łyżeczka
- samorobna przekąska
- puste pojemniki na jedzenie
- i jedna monada...: to jest przedmiot, czy jakiś performans, którym chcesz się podzielić ze wszystkimi.
Obok Ciebie idzie Twój (nie)znajomy.
Nie pamiętasz jego imienia - nie wiesz nawet, czy ma jakieś imie.
Coś za często ogląda się za siebie.
Wybrał dziwny przedmiot, by zainspirować resztę:
Mały słoiczek świeżo zebranych kleszczy z pobliskiego lasu.
Słoik prawie pełny i mieni się ruchem tych małych stworzeń.
Ziomek Cię trochę nawet przeraża, ale zrobił na piknik tartę rabarbarową, więc w sumie spoko.
Czujesz, że się odnajdzie.
Przypominasz sobie, że o 13:00 byłeś u organizatora na chacie.
To było na ulicy Manifestu Połanieckiego 10/8.
Uprzednio dałeś mu znać, że będziesz, bo jest tam ograniczone miejsce.
Były tam różne przyrządy do użycia jak thermomix, ryżowar, air fryer i 20 litrowy termos.
Do dzisiaj nie wiesz po co mu 20 litrowy termos i bałeś się zapytać.
Ale wracając - przygotowałeś tam przepyszny hummus i upiekłeś świeże bułeczki.
(Wiesz, że niektórzy umawiali się na wspólne gotowania w innych miejscach)
Był też czas chillowania i rozmówek, było spoko - ale zadzwonił do Ciebie Twój znajomy...
Wybudzasz się ze wspomnienia i jesteście na miejscu?
Patchwork kocyków przypomina miejsce kultu religijnego.
W środku znajduje się ołtarzyk wszelkiej maści monad.
Dookoła niego - jedzenie - jakby ofiarowane ku czci pewnego bóstwa.
Wokół siedzą ludzie, część zupełnie nieznanych, część intrygujących, a część żywnie niepokojących.
Jednak Twoi znajomi, których zauważasz po chwili, kotwiczą Cię w uczuciu, że wszystko jest na swoim miejscu.
Zaczynacie rozmawiać. Czujesz się wpleciony w tkaninę tematów, które tkają jakby wstęge mobiusa.
Wbrew Twoim wyobrażeniom ołtarzyk nie staje się miejscem uboju rytualnego, lecz jeno częścią różnych interakcji.
Ktoś czasem coś zaśpiewa, czasem wyrecytuje - na wszystko jest odpowiedni czas i miejsce.
Chwile mijają, słońce się chyli - Ty się doskonale bawisz - ale wiesz, że nic nie trwa wiecznie.
Nadeszła noc. Spotkałeś osoby, które już nigdy nie zapomną Twojego imienia.
Czujesz się wpleciony w pewną perpetualną intrygę, z której trudno będzie wyjść.
Ta myśl napawa Cię spokojem.
Rozchodzicie się na 4 strony świata - nie wiesz dokąd zmierzają osoby udające się na północ.
Niebo ma kolor magenty - jutro nie będzie padać.